RSS
niedziela, 25 stycznia 2015
wierność - owoc w środku serca



 

 

 

OWOC W ŚRODKU SERCA

wierność

 

忠実

 

Myślałam, że znaki są tą częścią mnie, która jest nieingerowalna. Zaskoczenie okazało się tym większe, że cisza w nich, wydawała się być odnalezieniem swego rodzaju spokoju. Na szczęście okazało się również, że istnieje Strażnik Znaków, któremu z tego miejsca dziękuję całą sobą.

Wielokrotnie sięgałam do słownika, w sytuacjach, kiedy znalezienie odpowiedzi na problem przekraczało moje doświadczenia, intuicję i zdrowy rozsądek. Ale brak czasu i natłok zdarzeń powodowały, że nad żadnym z oglądanych znaków nie usiadłam z pokorą by słuchać, wypatrywać, szukać...

W końcu okazało się, że to ja je zaniedbałam i trzeba było mi przypomnieć, że energia świadomości i rozumienia, nie przychodzi sama z siebie, ot tak...

 

Wierność – 忠実

 

Pojęcia ogólne, jakim jest również „wierność”, tworzą niezliczoną nić interpretacyjnych rozgałęzień, znaczonych kulturą, wychowaniem, stereotypami i emocjonalnością.

Czy istnieje więc definicja skończona? Znaczenie zamknięte? Chyba nie, chyba tak...

Znaki, które nie nazywają imieniem nic, znaki, które rysują obraz – dając odbiorcy możliwość filtrowania, zawsze pozostają wierne swojemu pierwotnemu zamysłowi.

Pisałam kiedyś o tym, że znaki są nicością. I w tym sensie właśnie wypełniają wszystko.

Wierność to zgodność między słowami a czynami, to konsekwencja działania nawet w trudnych czy niewygodnych okolicznościach. Wierność zasadom, wierność drugiemu człowiekowi, wierność samemu sobie...

Z jednej strony myślę, że najpiękniejsze w człowieku jest to, że się rozwija, czyli zmienia. Z drugiej – są sytuacje, w których pozostanie stałym jest aktem najwyższej odwagi, pracy nad sobą i wyzwaniem, jest to także okiełznanie ego i dowód czystości intencji.

Wierność jest monotematyczna, karmi się tylko prawdą. Czym więc jest? Jaki maluje obraz?

 

chuu – lojalność, wierność

Znak składa się z dwóch części – (naka/chuu – środek) oraz (kokoro – serce).

Znak „środka” ewoluował od wersji (tou – balia), przez (yuu – centralny) aż do prostej formy – . Zarys znaczeniowy pozostaje bezzmienny – wnętrze, środek, centrum.

I serce...

W środku serca, jądro serca, wnętrze serca, najczulszy punkt.

 

jitsu – prawda, rzeczywistość

makoto – prawda, szczerość

mi – owoc

 

Według Denshi Jisho znak składa się z następujących elementów: górna część stanowi koronę, pokrywę – , dolna część to połączenie (ookii – wielki) oraz (shi – samurai, mężczyzna).

Wielki sługa w koronie, wielki wojownik pod zadaszeniem, chroniony czy chroniący?

Mi najbardziej pasuje interpretacyjnie owoc w łupinie (pokrywa).

 

Więc wierność to owoc wyrastający w środku serca. To ta część wnętrza, która stanowi jego najznamienitszy fragment, kwintesencję, efekt wysiłków i pielęgnacji pestki człowieczeństwa, którą każdy z nas dostaje przy narodzinach.

Zbiegły mi się myśli w okolice chrześcijańsko rozumianego raju – zdrada, czyli brak wierności – związana przecież z zerwaniem owocu... To ciekawe jak kultura znaków często przenika w legendy i wierzenia tej części świata.

Czym jest więc wierność dziś?

Pielęgnacją. Podlewaniem prawdą. Karmieniem nadzieją.

Jest niemodna i trudna. Wymaga pielenia chwastów pokus i eliminowania toksycznych myśli. Wypada z obiegu i dyszy pod złomowiskiem pożądań.

Nie jest przyporządkowana do żadnej wiary czy społeczności, stanowi majątek człowieka.

 

Przeczytałam ostatnio słowa Anny Wierzbickiej – językoznawcy:

"Kochać, to chcieć być czyimś dobrem".

 

Jako że, serce jest metafizyczną kołyską kochania, rosnący w nim owoc jest dzieckiem tejże. Miłość nie istnieje bez wierności. Wierność smakuje i karmi. Wierność, obok współczucia (o którym pisałam kiedyś) jest najdojrzalszym owocem jaki możemy podarować sobie i drugiemu człowiekowi. 

18:38, znakownia
Link
poniedziałek, 31 marca 2014
Cierpliwość - jak ogród ZEN.

 

 

 

忍耐

Długą miałam przerwę w mojej podróży po krainie znaków. Brakowało mi motywacji, czasu, wnikliwości i w rezultacie umiejętności podjęcia decyzji. Który będzie tym kolejnym na stole, przyglądającym się oczami kresek, mówiącym pierwiastkami i odkrywającym tajemnicę?

Który zachwyci swoją obrazowością przekazu i niedoścignionym znaczeniem?

Znaki czekały cierpliwie, bez przepychania, wytrwale...


Cierpliwość – NINTAI ( 忍耐 )

Wiele sytuacji splotło się w czasie i ułożyło w potrzebę przyjrzenia się cierpliwości. Odszukania jej istoty, bo jak wszyscy wiemy, cierpliwość jest czasem ponadprzeciętnie trudną cnotą. Tracimy ją, odrzucamy, wykrzykujemy pod jej adresem. Jest przymiotem, którego wartości i wpływu na jakość naszego życia, nie doceniamy.

Zaczęłam od poszukiwania etymologii rodzimego słowa, rozłożenia jego budowy i przebicia się przez moje schematy myślowe. Cierpliwość to rzeczownik odprzymiotnikowy orzeczeniowy – czyli prościej, rzeczownik stworzony od przymiotnika cierpliwy; przy czym formant – ość odpowiada pojęciu „bycia”, a temat cierpl – jest wykładnikiem jakości tego bycia.

Cierpliwy to przymiotnik powstały w XV wieku od czasownika cierpieć. Cierpieć, czyli odczuwać, przeżywać ból fizyczny lub psychiczny, ale także... znosić coś wytrwale, ze spokojem, umieć czekać.

Cierpienie rozumiałam do tej pory jako skrajny poziom przeżycia, rozdzierający, wykrzywiający w grymasie, zniewalający. I nie umiałam zgodzić się z twierdzeniem, że cierpienie uszlachetnia... jezusowe cierpienie, czy buddyjskie „Cztery szlachetne prawdy” (traktujące o cierpieniu, jego przyczynach i ścieżkach na drodze do jego ustania) wzbudzały we mnie wstrząs.

Przeżyłam pewien bunt znaczeniowy, bo dla mnie cierpliwość nie jest silnie nacechowana „takim” bólem, więc skąd te korzenie? Etymologia słów była dla mnie za mało obrazowa, więc sięgnęłam po znaczenia wypisane kreskami.

nin (czyt. sinojapońskie)

shino (bu) – znosić, trzymać się, cierpieć (!!!!!!!!!!), żywić uczucia, udźwignąć ciężar, mieć znaczenie

shino (basu) / shino (baseru) – ukryć, przemilczeć

Znak składa się z dwóch części:

刃 – nóż, łopatka, klinga, źdźbło, ostrze

心 – serce, umysł


tai – trwały, cierpliwy, wytrzymały

ta (eru) – podołać, przetrwać, wytrwać, wytrzymać

 

Kreski układają się następująco:

而 – ponadto, a do tego, co więcej; ale także grabie, odgarniacz

寸 – cal (jednostka miary), pomiar

Kiedyś po prawej stronie znajdował się znak „włosy”, więc być może użyję go także w historii, która ułożyła się przed moimi oczami.

Gdy źdźbła z serca porządkują czas... Cierpliwość jest jak pielęgnowanie ogrodu. Jest każdego dnia układaną od nowa mozaiką kamieni, która wprowadza harmonię w czasoprzestrzeni. Do naszego ogrodu wrzucane są przypadkowe odłamki, śmieci, wyrastają pasożytnicze chwasty. Możemy podłożyć bombę i wysadzić wszystko w cholerę. Możemy zalać antysubstancjami albo skosić do gołej ziemi. Możemy w końcu opuścić nasz ogród i poszukać sobie nowego, na chwilę lepszego, innego... Możemy także kawałek po kawałku pielęgnować nasz ogród i wygrabiać z niego przeszkody, „kłody”, zastępując je źdźbłami tkanymi naszą empatią, delikatnością, wrażliwością, aż wypełni się czas układanki życia. Cierpliwość to całokształt, to patrzenie od korzeni po kwiaty, od ścieżynki po drogę. To odgarnianie włosów (!), które spadają niesfornie na nasz umysł, przysłaniając horyzont.

Cierpliwość nie jest momentem. Jest zdolnością obejmowania rękami, swego rodzaju wizjonerstwem. Cierpliwość zakłada dobro, dąży do niego w sposób spokojny i wytrwały.

Nie jest samoudręczeniem, które pozwala na trwanie w cierpieniu. Jest zastępowaniem okaleczonego – zabliźnionym (jeśli nie ma szansy na zdrowe), rozgniewanego – akceptującym, zabieganego – spacerującym, wykrzyczanego – argumentującym... Cierpliwość nie polega na bierności, bo wtedy staje się nieskwapliwością, a ta jest niechęcią do podejmowania działań. Jest działaniem zmierzającym do akceptacji okoliczności bez cienia samozagłady.

A co z cierpieniem, dlaczego wyznacza ono drogi ku cierpliwości?

Chyba jest tak, że człowiek XXI wieku potrzebuje skrajnie silnych bodźców by otrząsnąć się z pędu, uzmysłowić sobie, że godność i człowieczeństwo nie mają kont w bankach ani nie błyszczą w świetle reflektorów, nie są wartością a jakością. Cierpienie zmusza do zatrzymania, wprowadza rodzaj zamkniętego chaosu (choroba, strata, depresja etc.), a cierpliwość jest tu lekiem, porządkowaniem, ogrodem zen, misternie wydzierganą koronką, pełną węzełków i powietrza.

Nasze europejskie rozumienie węzła ma wiele cech negatywnych: „uwiązać kogoś”, „węzeł gordyjski” ale w Japonii wierzono kiedyś, że w każdym węźle mieszka bóstwo. Węzeł stanowił „duszę, która rodziła życie”. Dlatego myślę, że cierpliwość, ma w sobie także coś z szydełkowania, tworzenia mikro zawiązek, które nie tylko pozwalają przetrwać trudny czas, ale również trwać w nim z mądrą pokorą i wytrwałością.

Grabić tak, by miało to znaczenie...

Myślę, że cierpliwości można się uczyć, i ta nauka jest naszym wyzwaniem i dojrzewaniem.

Życzę sobie dobrych grabi, do porządkowania mojego ogrodu.

 

Natura się nie spieszy, a wszystko jest dokonane.” - mistrz Lao

 

23:40, znakownia
Link
niedziela, 20 października 2013
o języku - refleksyjnie



 

 

O języku – refleksyjnie

 

 

W mijającym tygodniu odbyły się VII Dni Japonii, wielu wybitnych gości wygłosiło prelekcje, a poniższy artykuł jest pokłosiem przemyśleń, które nasunęły mi się po tychże spotkaniach.

Tego typu zjazdy, jeśli wsłuchać się w ich treści, zawsze niosą za sobą masę emocji intelektualnych, ujawniających się po kilku dniach, jako swoista nowomyśl i refleksja nacechowana inspiracyjnie.

Choć podejmowana tematyka była różnorodna, dla mnie największą wartość miała część językoznawcza. Dzięki wykładowcom takiego formatu jak profesor Huszcza czy profesor Kozyra, poza konkretną wiedzą merytoryczną, miałam okazję nasycić się ulotnym zapachem języka, który dzięki takiej, a nie innej strukturze, tłumaczy mi moje własne zachowania i relacyjność wobec ludzi.

Refleksje tu zawarte są mieszanką „powykładową” i stanowią moje postrzeganie przedstawionych tematów.

 

  Język jest taką samą strukturą w człowieku, jak struktury bioenergetyczne, anatomiczne czy emocjonalne. Zaniedbanie JĘZYKA (umiejętności posługiwania się nim, ale także zgłębienia jego kodu) w człowieku, jest zaniedbaniem w procesie jego rozwoju i zakłóca zdrowie psychofizyczne.
Poprawne posługiwanie się językiem wpływa na nasze samopoczucie, nie mniej niż zdrowa dieta. Taka teza może wydawać się naciągana, ale po wykładach, zastanawiam się czy "nauce o języku" można nadać miano królowej nauk. Dlaczego?

Istnienie narzędzia komunikacji jakim jest język, predestynuje owo narzędzie do roli wzoru, ale i materiału, zarysu i treści. Bez istnienia języka nie istniałby rozwój człowieka, nie byłoby ewolucji.

Potrzeba, a dalej, nabycie umiejętności komunikacji, pozwoliło człowiekowi na „tworzenie”, tworzenie wszelkiego rodzaju, cywilizacji, sztuki, wszystkich dziedzin życia. Dopiero kiedy powstał język powstała więź – nie ukrywam, że niestety potrafiąca także uwięzić...

Gdyby człowiek nie miał potrzeby „języka”, nie miałby również wielu innych potrzeb. Potrzeby sztuki, kultury, matematyki (bo i po co nam liczby, skoro nie da się ich wykorzystać do niczego; dodawanie patyka do patyka może być zabawą dziecka ale jeśli dołożymy do tego język – stanie się nauką, rywalizacją, wspólną zabawą, polem do wyrażania siebie i poznawania zasad współistnienia), filozofii, religii, biologii, historii, literatury w końcu...

Proszę zauważyć, że to „językiem” się uczy, częstokroć także leczy, koi, kocha... i krzywdzi.

Mam świadomość, że (we mnie także) pojawia się opozycyjne stwierdzenie „to nie słowa, a czyny...” - to prawda (wypowiedziana zresztą słowami...). Tyle, że moja refleksja nie służy pokazywaniu wartości lub jej braku, w słowach. Tyczy się nauki o języku – umiejętności współodczuwania wypowiadanych treści, budowania tekstów mówionych czy pisanych.

Język został stworzony po to, byśmy ROZUMIELI.

Doskonale ujął to Stephen King:

"O najważniejszych sprawach najtrudniej opowiedzieć. Są to rzeczy, których się wstydzisz, ponieważ słowa pomniejszają je - słowa powodują, iż rzeczy, które wydawały się nieskończenie wielkie, kiedy były w twojej głowie, po wypowiedzeniu kurczą się i stają zupełnie zwyczajne. Jednak nie tylko o to chodzi, prawda? Najważniejsze sprawy leżą zbyt blisko najskrytszego miejsca twej duszy, jak drogowskazy do skarbu, które wrogowie chcieliby ci skraść. Zdobywasz się na odwagę i wyjawiasz je, a ludzie dziwnie na ciebie patrzą, w ogóle nie rozumiejąc, co powiedziałeś, albo dlaczego uważałeś to za tak ważne, że prawie płakałeś mówiąc. Myślę, że to jest najgorsze. Kiedy tajemnica pozostaje nie wyjawiona nie z powodu braku słuchacza, lecz braku zrozumienia."

Z czego to wynika? Być może (to odniesienie do wykładu o Man'yoshu – antologii poezji japońskiej) z faktu, że posługujemy się słowami, układamy je w zdania nasączone konkretną, nieczułą semantyką. Wypluwamy z siebie potoki „znaczących” słów bez znaczenia.

Dziecko, już przed narodzinami, dostaje narzędzie do komunikacji, swoisty kod, który ma służyć mu do budowania siebie (przecież myśli także są „językowe”) i relacji z otoczeniem (rozmowa, kontakt werbalny). Z czasem (w momencie wkroczenia w wiek edukacyjny) poznaje instrukcję obsługi, pewne (nieliczne!!!!) zasady, które pozawalają na wyrażanie swojości w sposób odbieralny przez otoczenie. Uczone jest ortografii, semantyki, syntaktyki (składni) i pragmatyki (reguł posługiwania się składnią i semantyką). Nie jest uczone języka.

  Język zakłada interakcję, obecność drugiego, stąd wyczucie i etyka językowa są podstawą do tworzenia werbalnych relacji (także autorelacji). Nikt nie uczył nas tego, że posługiwanie się słowami, nawet zgodne z regułami budowania zdań poprawnych gramatycznie, nie jest jeszcze posługiwaniem się językiem. Nikt nie powiedział, że tekstem jest dopiero ciąg wyrażeń użyty przez kogoś, do kogoś i w określonym kontekście. Bo to właśnie świadomość kontekstu wywołuje kolejne mechanizmy językowe i pozwala na prowadzenie dialogu i/lub rozumienie tekstu. Tekst posiada strukturę powierzchniową (mikrostrukturę) oraz strukturę głęboką (makrostrukturę), która stanowi o holistycznym znaczeniu całego tekstu. Rozumieć to być w stanie powołać makrostrukturę. Semantyka nie jest czuła na odbiorcę ani kontekst.

Stąd tyle frustracji i niezrozumienia, wieloznaczności, które zamiast tworzyć głęboką relację, tworzą plątaninę interpretacyjną, daleką od zamierzeń mówiącego.

Chciałabym podkreślić, że mam w sobie poczucie zachodniego sloganu „mów, wyrażaj, nie wstrzymuj słów” ale i japońską etykę języka – nie wszystko czego się chce, można powiedzieć wprost, są sfery, które powinny być uszanowane i wypowiadane w odpowiedni, intymny, a nie prostacki sposób. Etyka języka pozwala na zachowanie pola, na które wchodzi mówiący i słuchający. Pola na którym ziemię stanowi szacunek do drugiego człowieka.

Jest we mnie cała mnogość usłyszanych zdań, które wywracają moje myślenie, a czasem nakierowują je na właściwe tory. To były dobre wykłady. Ciekawe. Spójne. Czułe.

Może nieco żartobliwie ale chce się powiedzieć: "Mów do mnie, a powiem ci, kim jesteś"...

 

 

poniedziałek, 03 czerwca 2013
Śmiercionośna broń - DZIECKO.



 

 

ŚMIERCIONOŚNA BROŃ – DZIECKO?

 

 

Ruszyła kolejna kampania. Pokazały się kolejne spoty reklamowo – informująco – edukacyjne.

Nie zamykajcie oczu, reagujcie, krzyczcie, wzywajcie odnośne organy... Nie można być wszak obojętnym na krzywdę dziecka. Brawo, oklaski. Pod wezwaniem kolejne podpisy, ambasadorzy, mówcy i społecznicy.

Zaczynam czuć się jak w „Roku 1984”, tyle, że nie jest to powieść fantastyczna, a rzeczywistość. System działa, we wszystkich dziedzinach życia, system liczy się najbardziej. Nie ma empatii, nie ma współczucia, nie ma dobra człowieczego. Jest system, którego jesteśmy trybami. Jeśli zaczynamy się buntować jesteśmy skazani na walkę z bezduszną mazią biurokracji, dyktatem wszelkiej maści, wartościowaniem na lepszych i gorszych. Społecznie akceptowane jest słuszniejsze niż zgodne z prawem natury. Założone jako „wartościowsze” jest nienegocjowalne.

CZYM jest dziecko w dzisiejszym świecie? CZYM a nie kim. CZYM?

Widząc krzywdę dziecka – reaguję.

Widząc mężczyznę bijącego chłopca w Carrefourze między stoiskiem z warzywami a monopolem, pytam co robi? Wyrażam swoje przerażenie i niezgodę na tłuczenie dziecka. Alejki pustoszeją. A mężczyzna po niewybrednym odpysknięciu bije dziecko jeszcze raz. Miałam go zapytać o godzinę? Czy może o drogę do proszków do prania? Nie będę bawić się w psychologa i dopytywać czy może ma jakiś problem, który rozładowuje na tyłku dziecka. To jakby pytać terrorysty, czy chce porozmawiać o podłożeniu bomby pod autobus pełen pielgrzymów!

Reaguję jak potrafię. Nie z powodu kampanii ale z powodu odruchu człowieka, najzwyczajniej. Jaki to przyniesie skutek dla chłopca? Żaden.

Ochrona sklepu zniknęła, ludzie zapadli się pod ziemię. Mogłam wezwać policję, tak. Choć nie do końca wierzę w skuteczność tej metody, bez wnikania w szczegóły, każdy niech dopowie sobie resztę. Następnym razem tak zrobię. Lekcją było pytanie mojego syna dlaczego ktoś bił tego chłopca. Dlaczego?

Dziewczynka z głębokim upośledzeniem od lat nie jest zdiagnozowana, a matka dowiaduje się w kolejnym szpitalu, że „są ośrodki dla takich i można ją tam oddać”. Czy to jest krzywda? Zgłaszam się do placówki – zero reakcji.

Chłopiec rozładowuje napięcia na przedszkolnych kolegach. Od urodzenia tak ma czy coś jest tego przyczyną? Czy to dziecko jest krzywdzone? Zgłaszam się do przedszkola – zero reakcji.

Ojcowie, którzy nie wiedzą co dzieje się z ich dziećmi, alienowani i traktowani jak nachodziciele, szkołokrążcy, skreśleni z założenia, wyjący z bólu. I dzieci, którym robione jest pranie mózgu, utrzymujące jedynie dzięki swojej mistrzowskiej sile, uczucia, których nie pozbędą się bez względu na wyrok sądu czy stereotypy myślowe. To jest krzywda? Gdzie mam z nią iść? U kogo mam szukać pomocy? Mam prawo reagować – REAGUJĘ. Tyle, że nie przynosi to NIC dziecku. To nie o dziecko tu przecież chodzi. A o wojnę i tuszowanie jej. O układ, który musi trwać. O orwellowskie Ministerstwo Prawdy. I masę przytakującą głowami, że źle, że nie wolno, że jak można.. odwracającą oczy kiedy cierpienie ma twarz konkretnego dziecka.

Wojna to pokój. Wolność to niewola. IGNORANCJA TO SIŁA.

Rozumiem, że istnienie państwa musi być obwarowane jakimiś zasadami, których przestrzeganie jest konieczne. Pozostaje jednak coś takiego jak empatia, zrozumienie, czułość, człowieczeństwo.

I prawa natury, bo traktowanie dzieci przekłada się na traktowanie rodziny, społeczeństwa, na konflikty sąsiedzkie i międzynarodowe. Jeśli nauczylibyśmy się szacunku do własnych dzieci, nauczylibyśmy się szacunku do człowieka. Taka prosta recepta na pokój.

W moim widzeniu świata złe traktowanie dziecka to obraza człowieczeństwa, to podkładanie bomby pod własny, zamknięty w czterech ścianach, świat.

TO dzieci uczyć nas mogą szacunku, miłości i bezinteresowności. To nie sąd, ośrodek diagnostyczny, histeryczny rodzic odgrywający się na drugim, mają prawo mówić i decydować o dobru dziecka. TO dziecko – człowiek, ma prawo reagować na zadawaną mu krzywdę. Każdą. Czy będzie to bicie, czy będzie to alienacja od drugiego rodzica, czy będzie to znęcanie się psychiczne.

Mam świadomość, że tak postawiona teza wyda się wielu idiotyczna. Niemniej jednak to, co dzieje się ostatnimi czasy w nieorwellowskiej a polskiej rzeczywistości, pozwala mi myśleć, że jakakolwiek kampania czy inne referendum nie zmienią myślenia dorosłych ludzi i nie przyniosą żadnych skutków, poza kolejną głośną akcją, którą będzie można wpisać sobie na dyplomie osiągnięć.

W komentarzach do postu rzecznika praw dziecka czytam dziś, że „ktoś” był bity jako dziecko i uważa, że taka metoda jest skuteczniejsza niż inne. Współczuję jego dzieciom. I widzę bezskuteczność akcji. Zerową refleksję. Krzywda usprawiedliwia krzywdę.

Leczenie chorego świata dorosłych, mimo, że warto próbować... to walka z wiatrakami.

Więc może to dzieciom trzeba uświadamiać jakie mają prawa, skoro dorośli nie są w stanie ich uszanować? Skoro ja mam prawo, dlaczego moje dziecko nie ma mieć świadomości, że również je ma?

Zamiast robotyki czy wiedzy o gospodarce może wprowadzić nowy przedmiot do szkół?

PRAWA DZIECKA.

Uświadomić dzieciom, że nie muszą się godzić, z powodu swojego dziecięctwa, na szykanowanie, bicie czy odbieranie uczuć. Mają prawo do cielesnej nietykalności. Mają prawo do miłości obojga rodziców.

KAŻDE DZIECKO MA PRAWO BYĆ WAŻNE. MA PRAWO BYĆ CZŁOWIEKIEM.

Dziś świat wygląda tak a nie inaczej, i może powinnam się cieszyć, że mój Syn nie jest narzędziem w wojnie o słuszność, ani ofiarą przemocy. Cieszę się całym sercem.

Ale mój Syn pyta dlaczego dzieci się bije na środku sklepu albo dlaczego jego przyjaciel nie może być z tatą, skoro chce i go kocha.

Podążając za moim mistrzem, pytam – jak reagować na krzywdę dziecka?

Kto wyciągnie do niego rękę?

Nie do tego dziecka z plakatu z siniakiem namalowanym farbą, ale do żywego, małego chłopca, który ma imię, nazwisko i uczucia.

KTO?

 

 

 

 

 

piątek, 26 kwietnia 2013
DZIECKO - EFEKT UBOCZNY

 

DZIECKO - EFEKT UBOCZNY

 

Przez ostatnie dni nagromadziło się we mnie mnóstwo przemyśleń, powodowanych sytuacjami, których byłam uczestniczką lub świadkiem. Nakładając się na moje, bliskich mi osób i uczniów, doświadczenia, zmuszają mnie do zajęcia stanowiska i wyrażenia swojego zdania w temacie traktowania dzieci i relacji dziecko – rodzic (opiekun).

W niniejszym artykule postaram się dotknąć jednej z kilku sfer, mając nadzieję, że wkrótce wyłoni się z moich wpisów, jednolity obraz, będący moim całościowym widzeniem DZIECKA jako mistrza, dziecka jako człowieka, dziecka jako...?

Artykuł ten, i kolejne, są wyrazem mojej niezgody na TAKIE traktowanie mojego syna, dzieci moich znajomych, niepełnosprawnej dziewczynki, malca, którego uczę języka, i wielu innych, których historie mogę przytaczać, mnożąc dowody, że „takie” praktyki nie są odosobnionymi przypadkami, a stały się jakąś społeczną normą, zatrważającą w bezmyślności działania i konsekwencjach.

Zacznę pokrótce od skostniałości myślenia i postępowania wobec dzieci w placówkach opiekuńczych i edukacyjnych. Od naciąganych diagnoz nadpobudliwych smarkaczy, dyslektycznych przygłupów czy histerycznych księżniczek.

Mój syn zostaje uderzony w przedszkolu, raz, drugi, trzeci... Po rozmowie z synem, a jednocześnie braku wsparcia ze strony opiekuna, postanawiam dowiedzieć się, co stoi za bijatykami, skąd bierze się agresja u niespełna sześciolatków i jak pomóc dzieciom, które mają problem.

Napotykam na mur i chowanie głowy w piasek, zdawkowe teksty, że „chłopcy w tym wieku...”, czyli niedostrzeganie problemu...

To dzieci mają problem! A mają go, ponieważ przeszkadza się im w zaspokajaniu ich potrzeb. Nie jest to problem ojca i matki (lub pani z przedszkola), bo zachowanie dziecka nie przeszkadza im w realizowaniu ich potrzeb!! Dziecko pozostaje z problemem sam na sam.

Zapytajmy dziecka, kto cię bije, kto traktuje cię w taki sposób, kto krzyczy na ciebie i trzaska drzwiami przed nosem, że takie zachowania przenosisz do swojej społeczności, w której czujesz się równy (albo równiejszy), silny, swoim domagającym się uwagi, ja. Dlaczego nikt nie pyta dzieci o ich potrzeby a zwraca jedynie uwagę na problemy, które stwarzają? Dlaczego tak popularnie diagnozowane zespoły nadpobudliwości, niedoskonałości, niedostosowania, traktowane są jako przyczyna problemów a nie jako rezultat niespełnionych potrzeb (nie mylić z zachciankami, których spełnianie lub nie, jest zaszczepioną w dziecku formą manipulacji uczuciami)???

Dziecko rodzi się doskonałe, o czym przekonują rodzice tuląc swoje maleństwo po raz pierwszy, najpiękniejsze, najwspanialsze i „patrzy z takim zrozumieniem”... gdzie gubi się to wszystko, skoro już dwulatek jest pobudzony do granic i histerycznie rzuca się na podłogę w sklepie, kiedy kolejna zabawka nie wpada do koszyka? Każdego nadpobudliwca możemy spacyfikować spełnieniem kolejnej zachcianki, jednak nie rozwiązując podstawy postępującego kryzysu w dziecku – kryzysu, który powodowany jest przez brak czułości, uważności, rozmowy i czasu – bo to są właśnie podstawowe i niezmienne potrzeby każdego dziecka.

Tyle się teraz mówi o deficycie rodzicielstwa, które zostało kupione przez reklamy produktów wyręczających nas w obecności w życiu dziecka. Trąbi się na prawo i lewo o zabijaczach dziecięcego czasu i aktywności w stosunkach między ludźmi, pomagierach wychowawczych i wypełniaczach braków. Tak głośno się krzyczy o terapiach coraz młodszych dzieci, które nie radzą sobie z cywilizacyjnym odczłowieczaniem w relacjach z najbliższymi. Chłopiec, który bije inne dzieci w przedszkolu, ma ogromny problem – jest pomijany lub wręcz niezauważalny, i na siłę, pięścią i kopniakiem, domaga się uwagi, chce przewalczyć swoją obecność, chce pokazać światu, oto jestem! Nawet jeśli taka metoda przyniesie konsekwencje w postaci nagany, trudnej rozmowy czy skrajnie – kary cielesnej, nie poprzestanie na tym, dalej będzie dążył do pokazania wszem i wobec, że jest i jego życie, na które nie ma baczenia, jego potrzeby, na które nie ma czasu, jego lęki, które przezwycięża jak umie i jego radości, które są największymi, są ważne. On jest ważny. On się liczy. On domaga się miłości i zrozumienia.

Spójrzmy na to oczami dziecka. W domu nie respektuje się jego naturalnego prawa do posiadania więzi z rodzicami (OBOJGIEM!!!), w przedszkolu czy szkole, nikt nie interesuje się jego pobudkami a jedynie ocenia jego agresywne lub niestosowne zachowania, w końcu zaczyna być piętnowany przez grupę – we wszystkich możliwych sferach życia, zaczyna tracić możliwość wyrażenia swojej naturalnej potrzeby do kochania i bycia kochanym. Zaczyna albo odstawać albo co sprytniejszy dostosowywać się każdorazowo do warunków, zakładając maskę, która w dorosłym życiu tak zrośnie się z jego twarzą, że nie będzie mógł już ocenić, która rzeczywistość jest prawdziwa. Do tego stymulowany przez system materialnych nagród (i/lub kar) wyrośnie na cynika, który ponad empatią i życzliwością, postawi opłacalność i przydatność w relacjach z drugim człowiekiem.

Piszę o tym z wielkim smutkiem i czasowo pojawiającą się bezsilnością. To trochę jak walenie głową w mur. Choć z drugiej strony wierzę w to, że woda wydrąży najtwardszą skałę...

Dziecko nie może iść do sądu i domagać się swego, dziecko nie może rzucić papierami na stół i stwierdzić „pieprzę, odchodzę”. Dziecko jest skazane, jeżeli my, dorośli i odpowiedzialni (przynajmniej w teorii) ludzie, nie usłyszymy głosu własnych dzieci. Jeżeli nie uznamy prawa dziecka do życia, prawa dziecka do wyrażania potrzeb, prawa dziecka do miłości i prawdy. A podstawą uznania praw dziecka jest słuchanie. Czynne słuchanie. I dopuszczenie do siebie możliwości, że otwarcie się na doświadczenia drugiego człowieka (tu: dziecka) może wiązać się z koniecznością reinterpretowania własnych doświadczeń.

To wydaje się kluczowe, zwłaszcza w sytuacjach dzieci z rozbitych rodzin.

Niestety w obecnych czasach małżeństwa/pary rozchodzące się, stanowią większość, stąd problem przyjął już masową skalę. Znaczna część dzieci, tak zwanych trudnych (?), sprawiających problemy wychowawcze (to znaczy jakie?) zmaga się z pękniętym światem, którego nie jest w stanie samodzielnie posklejać – bo znów, potrzeby i wołanie dziecka, które są jedynym „klejem”, są zaduszane i pomijane. Wojny, które toczą się między zwaśnionymi rodami byłych partnerów pozostawiają pokłosie – milczące dzieci z podniesionym lub zaniżonym poziomem reakcyjności, dzieci pozbawione prawa do uczuć.

O ile mogę przyjąć, że moja postawa wobec byłego partnera może być zmienną, o tyle MUSZĘ przyjąć również, że postawa mojego dziecka po rozstaniu rodziców, MA PRAWO pozostać niezmienną w stosunku do każdego z nich. Mogę nie być żoną, nie być partnerką danego mężczyzny, co nie upoważnia mnie do odbierania dziecku (wspólnemu przecież!!!) prawa do ojca. Mogę nie być mężem, ale nie mogę nakazać dziecku, by wyrzekło się matki, by odrzuciło ją z powodu moich – mężowskich, doświadczeń.

Podczas zajęć językowych widzę, że dziecko jest zupełnie nieskupione i walczy ze łzami, które mimowolnie spływają po policzkach. W końcu siada mi na kolanach i rozpłakuje się na dobre. Dotykając po kawałku wydarzeń dnia, szukam przyczyny takiego stanu rzeczy, i w końcu dochodzę do sedna – brak taty. Już wielokrotnie spotkałam się z tym, że dzieci, „TE” dzieci, reagują najróżniej na samo słowo „tata” - to jak klucz do krainy marzeń z jednej strony, i zapalnik do bomby atomowej z drugiej. Krok po kroku chłopiec zaczyna opowiadać o swoich uczuciach, wykrzykuje cichymi zdaniami swoją niezgodę na matczyną negację ojca, i ojcowski brak zainteresowania lub nieumiejętność przebicia się przez doświadczenia relacji mąż – żona.

I mam na kolanach obce dziecko, dwojga dorosłych, którzy w wojnie o nie-siebie już przecież, obryzgują szambem niewinnego malca, łzami próbującego sklejać świat opierający się na naturalnej zasadzie yin-yang, białe-czarne, noc-dzień, ogień-woda, kobieta-mężczyzna, matka-ojciec. To są momenty w których bezsilność miesza się ze złością i krzyczę w sobie: GDZIE SĄ RODZICE tego dziecka? Czy pozbywając się obrączek, pozbywamy się także współodpowiedzialności za życie, którego jesteśmy twórcami?

Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że mężem i żoną, można przestać być, ale nigdy nie przestaje się być matką i ojcem. Jednak ta mądrość nie idzie w parze z rzeczywistością...

Nie do końca mam pomysł jak docierać do ludzi, którzy w swym pędzie nienawiści traktują dziecko jak efekt uboczny. Nie wiem, jak przemawiać do matek, które w imię wymyślonego na własne potrzeby „dobra” dziecka, wtłaczają mu do głowy, że ojciec jest niepotrzebny. I co więcej, chłopcy, którzy będą przecież w przyszłości mężczyznami i ojcami, dziś dostają informację, że ich rola w życiu dziecka, jest (będzie) żadna... Zastanówmy się nad tym za każdym razem, gdy przyjdzie nam do głowy oceniać rolę ojca/matki i tworzyć kolejny stereotyp mówiący o wyższości lub większej istotności jednego z nich.

Posługując się znakami, po raz kolejny chcę przypomnieć, że znak dziecko (w dawnych czasach mający również znaczenie mistrza) – pokazuje wyraźnie, że dwie ręce stanowią równowagę dla wzrastającego dziecka. Dwie strony świata, dwa punkty widzenia, dwa zapachy i dwie czułości.

W tym znaku nie ma mowy o tym, że te dwie ręce muszą się trzymać razem (jako małżeństwo/para), ale nie zapominajmy, że dziecko trzyma je obie, tak samo mocno, tak samo uważnie, tak samo chętnie i tak samo potrzebnie. Nie jesteśmy w stanie trzymać dziecka za obie ręce by nie zasłaniać mu światła (czytaj: zastąpić jednego rodzica, drugim), dlatego potrzebuje nas dwojga, by w swojej drodze mieć równowagę, by móc czerpać z dwóch źródeł, które biją w jego JEDNYM sercu.

Często dzieciom przypisuje się „dziecinne” (czyli głupie) zachowania, niedojrzałe podchodzenie do ważnych spraw. A czy przypadkiem to nie dorośli zachowują się dziecinnie? Dorosłe kobiety, które niczym rozkapryszone księżniczki tupią nogami, bo skoro on odszedł i już się ze mną nie bawi, to nikt inny też nie może, nawet dziecko! Nie chcę być tu stronnicza, dziecinne zachowania tyczą zarówno kobiet, jak mężczyzn. Co nie zmienia faktu, że nasilenie infantylnych zachowań kobiet w połączeniu ze skostniałym systemem sądowym i zeroempatycznymi placówkami diagnostycznymi, prowadzi do całkowitego ignorowania istotności ojca w życiu dziecka.

Patrząc na dziecko, na jego znak i historię znaczeniową ideogramu, wspierane mądrością orientalnych mistrzów i filozofią harmonii dostrzegam, że najbardziej odpowiedzialnym i stałym emocjonalnie czasem w życiu człowieka, jest właśnie jego dzieciństwo.

Oto przychodzi na świat nagi człowiek. Nie interesują go ubrania z markowymi metkami, konta w banku, pogoda za oknem, status społeczny rodziny, zyliardy zabawek, urządzenia mobilne i fast foody. Kocha w najczystszy sposób, rodzi się z zapisanym w podświadomości kodem, który pozwala mu na końcu świata rozpoznawać głos matki i ojca. Nic nie jest w stanie kupić jego miłości. Nic. Póki my, dorośli, nie nauczymy go wartościować człowieka, przez powyższe przymioty (pieniądze, układy, kolor skóry, wyznanie).

Dziecko, którego rodzice się rozchodzą i co gorsza, toczą ze sobą wojnę, nie dość, że musi odnaleźć się w nowej, często drastycznie zmienionej rzeczywistości, musi, bez prawa głosu, dostosować się do postanowień rodziców (lub sądów), to w tym wszystkim musi jeszcze utrzymać swoje dwukomorowe serce, dwie ręce w całości. I jeszcze wymagamy by nie stało się nadpobudliwym, „trudnym”, niedostosowanym, opóźnionym, śmakim i innym... By nie sprawiało problemów wychowawczych, by nie było agresywne czy złe. Ileż wymagań stawiamy dziecku????

Ileż zrzucamy na nie obowiązków, nie respektując jego potrzeb i głosu w sprawie?

Dziecko NIE JEST efektem ubocznym. Nie jest zabawką. A świat dziecka, to ZAWSZE, świat jego rodziców. Dziecko się nie rozwodzi, nie odchodzi, nie zmienia swojego widzenia maminej piersi i tatowej brody. Swoją najczystszą miłością, w sercu spotyka dwa światy, ma szansę sklejać siebie samego ale dzięki uważności i przestrzeganiu jego prawa do bycia dzieckiem dwojga ludzi.

 

Ostatnie wydarzenia nie upoważniają mnie do oceny ludzi, których historii nie znam. Ale reakcje i zachowania dzieci, ich głos i oczy pełne wiary, pokazują mi, że mam prawo oceniać matki i ojców, krytykować społecznie patologiczne zachowania, które zagrażają nie tylko jednostkom, ale całym pokoleniom dzieci. Które zagrażają naturalnym prawom, zdrowiu społecznemu i kwintesencji człowieczej empatii.

Nie godzę się na traktowanie dzieci jako broni w wojnie o rację i lekarstwo na zranione ego.

Nie godzę się na poniewieranie dziecięcymi uczuciami i zatykanie uszu, by nie słyszeć krzyku dziecka.

Odbierając dziecku prawo do miłości któregokolwiek z rodziców, zrzekamy się swojego rodzicielstwa.

DZIECKO NIE JEST EKEFTEM UBOCZNYM ŻADNEJ RELACJI.

 

czwartek, 21 marca 2013
Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo.

 

 

PRAWDA vs KŁAMSTWO

 

Prawda absolutna, prawda relatywna, święta prawda, naga prawda, moja prawda...

Kłamstwo. Kropka.

- M A K O T O

shin – prawda, rzeczywistość

ma – prawda

makoto – prawda

W słowniku Toyokanji jigenjiten (当用漢字字源辞典) znajduję informację, że znak w swym pierwszym obrazie symbolizował coś na kształt człowieka leżącego lub odwróconego.

 

 

Nie do końca potrafię zobaczyć tu „rozumowo” znaczenie. Jeśli sięgnę po obrazy, odpędzając stereotypowe myślenie, zobaczę człowieka, który leży na górskim szczycie patrząc w niebo – prawdę. Taka wizja godzi się z moim postrzeganiem, że prawda jest. Nie jest jakaś, mimo, że dodaje się jej tyle przydawek (naga, święta, relatywna). Można próbować definiować ją na sto sposobów ale za każdym razem okazuje się, że „prawda” jest pełna/pusta (to znów niepotrzebna chęć uściślenia) od początku do końca i nie potrzebuje być wzmacniana czy upewniana dodatkowościami.

Oczywiście przyjmuję pojęcie prawdy absolutnej i relatywnej, za buddystami. 

Jak powiedział Lama Ole : „Relatywną prawdą nazywamy sposób, w jaki rzeczy się przejawiają, a absolutną to, jakimi naprawdę są. Chociaż zjawiska przejawiają się w świecie zabarwionym przez nasze uczucia lubienia lub nie-lubienia, na absolutnym poziomie są puste.”

Po mojemu jeszcze przyglądam się znakowi w jego współczesnej formie – 真.

Dziesięć oczu (十 – 10 i 目 – oko) a na dole – 兀 (wzniosły, szczytny, ale także łysy, czyli goły, niezmącony, czysty). Zastanawiające?

Raczej niewiarygodne. Pięć żywiołów (dziesięć oczu), które są czyste. Bez względu na to, czy prawda będzie wypatrywana przez ogień, wodę, powietrze, ziemię czy metal – zawsze naga, zawsze jedna, niezmącona.

Oczy pięciu żywiołów widzą sedno rzeczy. Prawda jest, czy tego chcemy, czy nie. Jest nie do zniewolenia. Jest naturalna. I ten leżący człowiek, który oczami pięciu żywiołów może obserwować świat, dotyka absolutu.

Przypominają mi się powiedzenia „prawda w oczy kole”, „prawda zawsze wychodzi na jaw”, „kto mówi prawdę, nie musi niczego pamiętać” i wiele innych.

Podsumowanie, zrozumienie słów Lamy Ole i pierwotnej formy znaku sprowadza się do słów George'a Braque'a - „Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo.”

 

嘘 - U S O

 

Czym więc jest kłamstwo? Może „prawdą w masce” jak mawiał George Byron...

kyo – kłamstwo, fałsz

uso – kłamstwo

Ten znak niestety jest bardzo jednoznaczny. Składa się z dwóch elementów:

usta 口 oraz po prawej stronie – czyli pustka. 

* Pustkę rozpisywałam już wcześniej we wpisie - http://znakownia.blox.pl/tagi_b/15388/pustka.html

Kłamstwo to puste usta, pustosłowie, to ścięta głowa tygrysa – coś, co może wyglądać na imponujące ale jest martwe. Jest tu także znaczenie przepaści, rozpadliny – i tak właśnie jest z kłamstwem, jedno pociąga za sobą drugie, a drugie kolejne... nasze usta stają się rozpadliną, przepaścią, w którą spadają puste słowa, popychające się niczym kostki domina. I nie ma znaczenia motyw, powód, cel – kłamstwo jest wyborem, manipulacją i zakładaniem maski. Jest udawaniem kogoś, kim się nie jest.

Zapytałam dziś mojego niespełna sześcioletniego syna:

- Czym jest prawda?

- „Prawda to jest takie coś, że się mówi, że coś jest, takie samo jakie jest.”

- A kłamstwo?

- „A kłamstwo jest wtedy jak się nie mówi prawdy i jest się kłamczuchem i jest się nie lubionym”.

I wszystko dziecinnie jasne. Jak mawiają, lepszy prawdziwy wróg niż fałszywy przyjaciel.

Ciekawe jest także jak Japończycy językowo wyrażają swoje przemyślenia o prawdzie i kłamstwie.

„mówić prawdę” - używają czasownika kataru – mówić;

„mówić kłamstwa” - używają czasownika tsuku – brać, wybierać.

Prawdę się mówi, nie ma co kombinować. Kłamstwo – bierze się jak ze sklepowej półki, dziś osłodzę cię tym, dziś omamię cię tak, jutro przedstawię to w ten sposób a pojutrze zamydlę ci oczy kolejnym słowem bez znaczenia.

Prawda jest prawdą, bez względu na wszystko, jest dobra. Bo nawet jeśli jest trudna, bolesna, zniewalająca, brzydka, kulejąca czy rozczochrana – daje człowiekowi wolność.

A kłamstwo zawsze czemuś służy i czyni człowieka niewolnikiem.

 

piątek, 15 marca 2013
JAPONIA DLA WSZYSTKICH

 

 

j a p o n i a

dla wszystkich

 

Chciałabym zachęcić Państwa do zapoznania się z moją ofertą zajęć związanych z kulturą japońską.
W mojej ofercie znajdują się warsztaty dla dzieci, młodzieży, dorosłych i seniorów. Organizuję także spotkania i szkolenia dla firm związanych z Japonią lub chcących urozmaicić swoją ofertę.
 
Tematyka zajęć obejmuje szeroko rozumianą kulturę japońską, włączając w to naukę podstaw języka i elementy warsztatowe.
Pośród wielu poruszanych tematów znajdują się między innymi:
 

  • KALIGRAFIA, uczestnicy mają możliwość nauczyć się zapisywać swoje imiona po japońsku, poznać proste i skomplikowane znaki kanji, ich historię i znaczenie a także poznać podstawowe tajniki kaligrafii. Zajęcia manualno – poznawcze
  • KADO, czyli droga kadzideł. Rodzaje, symbolika, ceremonia
  • HAIKU, czyli najkrótsza forma wierszowana. Niezwykłe zajęcia na których będziemy mieli okazję nie tylko tłumaczyć haiku z oryginalnych zapisków mistrza Basho ale i tworzyć nasze, współczesne 17-zgłoskowce
  • KAMIKAZE – piloci samobójcy
  • HISTORIA JĘZYKA JAPOŃSKIEGO
  • SEPPUKU, KAROSHI, LAS SAMOBÓJCÓW – kult śmierci w Japonii
  • ORIGAMI – czyli jak zrobić pudełko pełne skarbów
  • MANGA
  • SAKE - alkohol samurajów
  • NETSUKE - ozdobne guzy
  • KIMONO - piękno orientalnego stroju, symbolika, pokaz
  • CHADO - ceremonia herbaciana (możliwość uczestnictwa w ceremonii)
  • RENGA - pieśń wiązana
  • TEATR JAPOŃSKI
  • MASKI - japońskie twarze
  • EROTYKA JAPOŃSKA - drzeworyty
  • BYĆ KOBIETĄ W JAPONII - stereotypy
  • GO - najstarsza japońska

 
Oraz wiele innych tematów, które pozwalają mi przybliżyć uczestnikom zajęć, piękno i mądrość Kraju Wschodzącego Słońca.
Przedstawione tu tematy to jedynie wycinek tego, co warto wiedzieć o tym fascynującym kraju. Moi podopieczni, poza wiedzą teoretyczną, poznają też język w praktyce, mają możliwość wysłuchania wielu historii i anegdot związanych z japońską codziennością. 
Moje warsztaty cieszą się dużym zainteresowaniem w ośrodkach kultury, w przedszkolach i placówkach oświatowych.
Wysoka frekwencja i wielokrotne zapytania o kontynuację zajęć pozwalają mi sądzić, że tematyka i sposób prowadzenia przeze mnie warsztatów, cieszą się uznaniem.

 

Wszelkie pytania i szczegóły - aoi@o2.pl lub 501 124 417

 


wtorek, 19 lutego 2013
ILUZJA - o co w tym wszystkim chodzi?



 

 

ILUZJA

 

 

幻想

ILUZJA


Iluzja to wrażenie, że istnieje coś, czego nie ma, błędna interpretacja czegoś pod wpływem silnych emocji. To rodzaj zniekształcenia, które tak silnie wpływa na zmysły, że nabiera ono realnego kształtu – tak brzmi definicja psychologiczna.

Ja, w moim poszukiwaniu w skarbnicy znaków, otarłam się o buddyjską koncepcję maja – koncepcję według której ludzie są uwikłani przez swoje namiętności i cierpienia w świat złudzeń i przez to nie dostrzegają prawdy, Parmenidejską zasadę tożsamości i fizykę kwantową, by powrócić na moją drogę i nieskończony raz uświadomić sobie, że z któregokolwiek strumienia czerpię wiedzę, źródłem są starożytne znaki.

MAJA – samo słowo oznacza „coś, czego nie ma”.

Z „Nauk Buddy, Mahamaya-sutra”:

Świat ten nie ma swej własnej istoty. Jest on po prostu ogromną zbieżnością przyczyn i warunków, które mają swe źródło tylko i wyłącznie w działach umysłu, pobudzonego przez niewiedzę, fałszywe wyobrażenia, pragnienia i zaślepienie. Nie jest czymś zewnętrznym, o czym umysł ma niewłaściwe wyobrażenia — jest on całkowicie niesubstancjalny. Przejawia się dzięki procesom przebiegającym w umyśle, wyrażając jedynie jego złudzenia. Opiera się na pragnieniach, cierpieniach i zmaganiach umysłu, związanych z męką spowodowaną własną zachłannością, złością i zaślepieniem. Ci, którzy poszukują drogi ku Oświeceniu, powinni być gotowi dla osiągnięcia celu zwalczać takiego ducha umysłu.

Parmenides, grecki filozof, ojciec ontologii (nauki o wszystkim, co jest) w swej filozofii wyznawał zasadę tożsamości i niesprzeczności. Nauczał, że byt nie jest tym, co widzimy, lecz tym, o czym możemy pomyśleć... Czyli nie kwiat, który widzę jest rzeczywistością, a moja myśl o tym, że ów widzę? Zastanawia mnie tylko, jak filozof odnosił się do niedoskonałości słów, które są przecież narzędziem myślenia.

Znalazłam krótki film, w którym fizycy kwantowi tłumaczą zjawisko iluzji. Zacytuję ich wypowiedzi, z wieloma wewnętrznie zadawanymi pytaniami i odniesieniami, by w końcu rozebrać znak, na atomy...

Na początku nie było niczego. Z tej nicości w jakiś sposób powstało wszystko. Z tej wibrującej pustki wyłoniła się materia, energia, przestrzeń, czas, świadomość, umysł. (Dr. Fred Alan Wolf)

I znaki...?

Jak to możliwe, że coś tak nieświadomego jak materia mózgu, może dać życie czemuś tak niematerialnemu jak doświadczenie? (Peter Russell).
Problem z pomiarem tkwi w tym, że atom znajduje się w określonym miejscu tylko w momencie, w którym go badasz. Innymi słowy, atom istnieje we wszystkich pozycjach jednocześnie, dopóki świadomy obserwator nie zdecyduje się na niego spojrzeć. A wiec sam akt pomiaru, czy obserwacji, tworzy cały Wszechświat. Jedynie świadome istoty mogą być obserwatorami tak gruntownie determinującymi samo istnienie rzeczywistości.(Prof. Jim Al-Khalili)

Podobny problem, jak istnienie atomu w określonym miejscu i momencie, pojawia się w lingwistyce, w słowach, w znaczeniach. Dopiero gdy sięgamy po słowo, które krąży jako pewna idea (atom), nabiera ono znaczenia. Użytkownik słowa staje się determinatorem znaczenia. Wszyscy wiemy co znaczy miłość, iluzja, dobro, nienawiść – wiemy, dopóki nasze własne spojrzenie i doświadczenie, nie nada tym słowom, konkretnej, naszej tylko – interpretacji. I dlatego ciągle dochodzę do wniosku, że znaki, o tyle pełniejsze od słów, że pozbawione dodatków, są czystą formą znaczeniową – atomami słów.

Bez nas istniałyby tylko rozprzestrzeniające się superpozycje możliwości. Bez definitywnie konkretnych wydarzeń. (Dr. York Dobyns). 

Z milionów tych bąbli i kleksów energii i światła, fotonów i elektronów, tworzymy ten wyimaginowany trójwymiarowy solidny świat, którego wcale nie ma, zgodnie z teorią względności i fizyką kwantową. (Dr. Robert Anton Wilson).
Za każdym razem, kiedy rozpoczynamy obserwacje cząsteczki na określonym poziomie, sam ten akt jest przyczyna wspomnianych zmian.

Za każdym razem, kiedy przekształcamy myśli w słowa, kiedy dopatrujemy się znaczenia, uwzględniającego nasze doświadczenie, zmieniamy istotę, często odchodzimy od znaku, który jest niczym energia, światło, elektron, zapisany w kreskach.

Dodatkowo, im dłużej przyglądasz się jednej cząsteczce, tym bardziej uświadamiasz sobie, ze nie ma takiej rzeczy jak jeden elektron. Elektron, tak jak i każda inna cząsteczka elementarna, istnieje jedynie w powiązaniu z innymi rzeczami, np. z innymi cząsteczkami lub, w większej skali, z resztą Wszechświata. Na odpowiednio głębokim poziomie, kiedy nurkujesz aż do serca natury materii, okazuje się, że wszystko, co do tej pory wiemy o codziennym świecie, przestaje istnieć. Nie ma już żadnych obiektów, istnieją jedynie relacje. Nie ma już lokalizacji, nie ma czasu. Im bliżej zaczynasz przyglądać się czemuś, co normalnie uważamy za solidną materię, tym bardziej dostrzegasz jak mniej i mniej jest ona solidna. (Dr. Dean Radin)

Im bardziej wnikamy w znaczenie słowa, tym bardziej uświadamiamy sobie, że jest ono „znaczące” tylko w połączeniu z innymi słowami, w procesie komunikacji ocierające się o różnych rozmówców, pełnych różnych doświadczeń, wierzeń i barier. Wszystko, co jest powiedziane, nie jest już zamysłem, praznaczeniem, staje się coraz mniej solidne w treści.

(czy stąd nie wysnuwa się potwierdzenie, że liczą się czyny a nie słowa? Każdy może powiedzieć, że mu zależy, ale ten któremu zależy, nie musi tego mówić...)

Jedyna rzeczywistość, jaką znamy, to ta, którą wytwarza nasz mózg. Otrzymuje on miliony sygnałów każdej minuty. Organizujemy je w układy hologramów, które projektujemy na zewnątrz,
nazywając rzeczywistością .(Dr. Robert Anton Wilson).
Jedyna mądrość, to nasza mądrość – czyli ta, która została zorganizowana przez nasz mózg, i uznana, za prawdziwą lub przynajmniej akceptowalną?

Hologram to metafora. To sposób na odniesienie się do paradoksów, na które natykamy się podczas starań pogodzenia ze sobą dwóch różnych konceptów. Te poszufladkowane współrzędne, - czyli słowa, których używamy, aby opisać rzeczywistość - są wewnętrznym fenomenem naszego mózgu, niczym innym. Zwykle stwierdzenia takie są filozoficzną grą słów, ale w ujęciu fizyki kwantowej - jednym z powodów, dla których Bohm wystąpił z teorią hologramu - daje to widoczne rezultaty. Jednym z nich jest odkrycie, że kiedy weźmiesz dwie subatomowe cząsteczki (np. elektrony)
i w odpowiednich warunkach zrobisz coś jednej z nich, to zawsze odbije się to na drugiej, nieważne jak daleko by nie była.
( NIĆ – o której poniżej).

Odnosząc się do słów – które mimo, że ułomne, czego wielokrotnie w życiu doświadczamy, są genialnym wynalazkiem człowieka – dostrzegam, że stwierdzenie „słowa potrafią ranić, tak jak czyny” jest absolutnie trafne. Słowa, których używamy w relacji z drugim człowiekiem, lub w stosunku do samych siebie, zawsze odbijają się w naszym człowieczeństwie. Stąd używajmy ich mądrze, z życzliwością, bo raz wypowiedziane, mogą przynieść nieodwracalną szkodę...

Ale jak to możliwe?

Jeśli materia zostanie raz fizycznie połączona, nawet po rozdzieleniu, jej energia wciąż pozostaje, wciąż ją łączy. Dlatego jest to tak znaczące. Ponieważ wracając do początków czasu, cała ta materia Wszechświata, ( która wciąż nieustannie się rozrasta) była zbita w jednej cząsteczce wielkości zielonego groszku, - o czym mówią dziś naukowcy i co sugerują komputerowe modele. Jeśli więc zbierzesz wszystkie cząsteczki materii i całą kosmiczną przestrzeń pomiędzy nimi, i skompresujesz to wszystko z powrotem w ziarnku grochu, zrozumiesz, że ty i ja, i wszyscy pozostali, stanowimy jedno w tej samej cząsteczce, która stworzyła cały dzisiejszy Wszechświat.

I nawet mimo to, że ta cząsteczka teraz rozdzieliła się i rozrasta - jak pokazują studia - energetycznie wciąż jesteśmy jednym. (Gregg Braden)

Tu nasuwają mi się dwa wnioski. Po pierwsze wszyscy jesteśmy równi. Bez względu na wiek, płeć, status materialny, pochodzenie czy kolor skóry – pochodzimy z jednego ziarnka grochu. Nikt nie jest „bardziej”. I być może stąd uniwersalizm starożytnych znaków – tyczą się one wszystkich, bez względu na cokolwiek, są zrozumiałe dla każdego człowieka na ziemi.

Ponad to widzę, po raz kolejny, bo już kilkakrotnie o tym pisałam, że DZIECKO, które jest połączeniem dwóch materii, w bardzo dosłowny – fizyczny sposób, jest energią tychże. I nawet jeśli rodzice decydują się na rozdzielenie, jakąkolwiek separację, dziecko – energia, jest złączeniem ich na zawsze. Wyniszczanie jednej materii, jest niszczeniem energii, burzeniem ładu wszechświata i gwałtem na fizyce.

Tak więc atom wraz ze swym elektronem są obiektem multiwersalnym. Taki, multiwersalny obiekt jest właśnie tym, co opisuje mechanika kwantowa. Oznacza to, że aspekt rzeczywistości wszechświata równoległego, według teorii kwantowej, musi odnosić się do struktur wszelkich rozmiarów: ludzi, gwiazd, galaktyk,... dlatego nazywa się to teorią równoległego wszechświata,
zamiast teorią równoległego elektronu.

Czy więc człowiek, z całym spektrum swoich możliwości, nie jest także tworzącym swój świat równoległy? Mój świat zamyka się w moim postrzeganiu, w moich słowach, w moim mózgu, który w konkretny sposób hologramuje bodźce i wypluwa je na zewnątrz, tworząc jednostkę, którą jestem? Ale twój świat – teoretycznie bodźcowany tymi samymi widokami, jest już równoległą rzeczywistością. Mam świadomość, że to ogromne uproszczenie, dotykające tylko jednej z możliwości. Bo teoria świata równoległego zakłada, że ten artykuł nie zostanie nigdy napisany, kolejna, że już powstał, kolejna, że..., kolejna, że..., następna... To tak, jakby ten wieczór trwający w wielu rzeczywistościach miał inne zakończenia, i wszystkie są prawdziwe i iluzoryczne zarazem... Ale mój mózg, tu i teraz, zaczął obserwować tę cząsteczkę, ten znak, na takim poziomie – więc uznaję, że to najlepsza rzeczywistość, w jakiej mogłam się dziś znaleźć...

Jesteśmy zbudowani z atomów... Ta sama teoria, która mówi o tym, że atom istnieje w wielu miejscach, w różnych wymiarach zakłada również, że my, ludzie, również istniejemy w więcej niż jednym miejscu, w wielu stanach świadomości, w wielu wymiarach. (Prof. David Deutsch, Oxford)

To tłumaczyłoby prorocze sny, widzenia, zdolności paranormalne. Może to także jakaś część naszej wewnętrznej intuicji, która podpowiada nam by spojrzeć jeszcze raz...

Wszystko jest wewnętrznie połączone. Ze wszystkich tajemnic, największą jest ten stopień, z punktu widzenia którego, odrębność postrzegana jest jako iluzja. (David Wilcock).
Iluzja to po prostu sposób postrzegania naszych umysłów. Moja iluzja pochodzi z mojego umysłu,
twoja iluzja pochodzi z twojego. Nie musisz szukać innych źródeł iluzji. Nie jesteśmy w stanie odnaleźć źródła iluzji na zewnątrz, ponieważ pochodzi ona z naszego własnego umysłu. (Khempo Yurmed Tinly Rinpoche).

Naiwnie tłumaczę sobie słowami mistrza - nie szukaj wrogów na zewnątrz, twój największy wróg to twój umysł. I z drugiej strony, jedynym ograniczeniem jest twój umysł – nikt ani nic innego.

Mówimy tu o nowym sposobie myślenia na temat tego czegoś, co nazywamy osobą, sobą, swoim bytem, swym "ja". W momencie, w którym zaczniemy modyfikować, znaczenie tego, co mamy
przez to na myśli, powoli będziemy w stanie dostrzec i odnieść się do tego nieskończonego wymiaru, o którym mowa. (Dr. Fred Alan Wolf). (...)

W naszych próbach odnalezienia ostatecznego poziomu rzeczywistości, szukamy rozmaitych metod, wykorzystując nowe technologie, energię atomowa, etc. Ale w ten sposób, za pomocą tych mechanizmów, nie potrafimy go odnaleźć. Ostateczny poziom rzeczywistości jest fundamentalnie pusty. Niemożliwy do obserwacji przy użyciu tych naukowych metod. (Khempo Yurmed Tinly Rinpoche)

Mając świadomość mojej bezgranicznej miłości do znaków (co odbiera mi obiektywizm zapewne), dla mnie tym fundamentem znaczeniowym są znaki – które być może zostały nam dane przez jakieś kosmiczne prabyty, które pozostawiły puste kreski pełne pierwotnych, atomowych wartości, ujętych w obrazy.

Nauka jest procesem postrzeżeniowych inicjatyw, jej głównym priorytetem nie jest wcale zdobywanie wiedzy. Ta wiedza pojawia się jako produkt uboczny. Musimy, wiec umieć rozróżniać
pomiędzy prawdziwymi i nieprawdziwymi obrazami naszej iluzji. (Dr. David Bohm).

Czyli rozróżniać znaczenie od interpretacji? Prawdę od fałszowanych niby - faktów? Ego od ja? Szczerość od chamstwa? Tolerancję od obojętności?

- Twój obraz to coś, co nazywamy tu szczątkowym samo - wyobrażeniem. Mentalna projekcja twojej cyfrowej osoby.
- To nie jest prawdziwe?
- Co jest prawdziwe? Jak zdefiniujesz prawdziwe? Jeśli mówisz o tym, co możesz poczuć, powąchać, posmakować, czy zobaczyć, to " prawdziwe" jest tylko elektrycznymi sygnałami zinterpretowanymi przez twój mózg. (fragment z filmu Matrix)

Nasz mózg zbiera informacje potrzebne do kreowania z nich form. To nie tak, ze obraz istnieje na zewnątrz - to nasze dane, które zmieniamy w obraz, zgodnie z naszymi systemami wierzeń, świadomymi i podświadomymi. Wiemy, ze kiedy światło wpada do naszego oka i pada na siatkówkę, wyzwala impulsy elektrochemiczne, które podróżują neurofibrylami do tylnej części mózgu. Mózg bardzo sprytnie składa je razem w dziesiętnych ułamkach sekundy. Po czym mówi: "Tak to właśnie wygląda na zewnątrz".

To, że tworzysz swój kanał rzeczywistości, nie oznacza, ze tworzysz rzeczywistość. Jakimkolwiek,
nieskończonym strumieniem energii rzeczywistość by nie była, ty tworzysz jedynie swój własny kanał. Większość ludzi nie jest tego świadoma. (Dr. Robert Anton Wilson)

To stwierdzenie powinniśmy zapamiętać sobie na całe życie. Być może wiele osób mogłoby sobie pomóc, uświadamiając sobie, że pewne zdarzenia, fakty, wizje, osądy, są tylko wytworem ich mózgu (być może chorego lub uwikłanego). I warto przyjrzeć się sprawom na wielu płaszczyznach, sięgnąć do równoległego świata, nauczyć się z pokorą i dystansem podchodzić do własnych myśli – bo nie muszą one być jedynie słusznymi.

(...) My jesteśmy wyobrażeniami samych siebie. (William Melvin "Bill" Hicks)

A ja wyobrażam sobie siebie, kiedy rozpisuję dziś znak...

 


幻想

 

 

 

maboroshi – sen, iluzja, wizja

gen – sen, iluzja, wizja

 

Znak niezwykle prosty, składa się z nici (dokładnie jej górnej części ) i czegoś, co przypomina zaczep, haczyk, pętelkę. W jednym ze starych tłumaczeń znajduję, że jest to prowadzenie czegoś w jedną, to drugą stronę, ciągła zmienność, jak iluminacja światła – to poczucie, że jest, kiedy już nie ma. Albo jak mówią fizycy kwantowi – jedno z drugim jest połączone.

 


Dopełnieniem złożenia jest dla mnie drugi znak:

 

 

so – idea, myśl

sou - koncepcja

omo (u) – myśleć 

Jest drzewo , obok oko a na dole – serce .

Widzę to tak – drzewo, jako podwalina, korzeń (atom, który jest nieprzetransformowany przez zmysły, po prostu jest), oko – które jest odbiorcą, narzędziem dostrzeżenia, drogą obserwatora, serce – maszyna pompująca, miejsce, w którym podejmuje się tak naprawdę, najważniejsze decyzje.

 Można też rozłożyć to inaczej, góra część stanowi bowiem jeden znak 相 – o wielu znaczeniach: razem, nawzajem, obustronny, także: faza, stadium, okres.

Zatem jest to jakiś etap w sercu, jakaś jego faza chwytania za nić. Wszyscy patrzymy na to samo niebo, tak samo zbudowanymi oczami, i widzimy zupełnie coś innego, inaczej to przetwarzamy, inaczej reagujemy.

A kosmos, niezmiennie zmienny uśmiecha się bielą księżyca...

 

Iluzja....

Za pomocą nici złączona z bazą, korzeniem, przetworzona w ideę, zawiera w sobie element prawdy (drzewo), wizja (nić łącząca z atomem) odebrana zmysłami (oko) i emocjami (serce).

Rzeczywistość jest iluzją? Iluzja jest rzeczywistością?

Żyjemy w czasach iluzji miłości, przyjaźni, człowieczeństwa, w dobie udawania i masek, zasypek i fluidów, pseudo jedzenia i nibyznajomości. Iluzja staje się rzeczywistością...

Czasem zastanawiam się jak odróżniać iluzję od rzeczywistości, i ciągle nie wiem. Bo iluzja to też fałsz, który boleśnie potrafi zorać nam ciało. To wiara w coś, czego nie ma. To omamione oczy i zagłuszone uszy. I na końcu stawiane pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? 

O atom. O naturalną, pierwotną prawdę – ona jest niezmienna, jedna, pełna i pusta zarazem, ponad czasem i miejscem, pierwotna.

Prawdą jest miłość, która stanowi nić. Bez przydawek, okoliczników i trybów.

Miłość.

 

 

 

* film dostępny na YT:  http://www.youtube.com/watch?v=YU0O6E7_RhQ

 

niedziela, 03 lutego 2013
骨盤 - miednica czyli statek niesiony powietrzem...

 

 

骨盤

statek niesiony powietrzem... 

 

Ostatnio zostałam uciszona informacją, że poszukiwanie „głębszego” znaczenia w znakach jest fantazją li tylko, bo przecież znaki ułożone są na zasadzie spasowania cząstki odpowiedzialnej za czytanie (dźwięk) i rdzenia. A dogłębne doszukiwanie się obrazu jest ponadnormą etymologiczną. Ośmielam się twierdzić, że to nieprawda.

Starożytni Chińczycy nie układali kresek na oślep, każda z nich była dogłębnie przemyślana, zarówno pierwiastek, jak i dopełniająca reszta, stanowić miały nie tylko odzwierciedlenie obrazu, który przedstawiały ale zawierać ponadczasowe i jednoznaczne (nawet jeśli paradoksalnie wieloznaczne) „sedno rzeczy”.

Kolejny znak, kolejne znaczenie, kolejna nieprzypadkowa (!!!) układanka kresek...

Spędziłam popołudnie na poszukiwaniu odpowiedniego określenia dla tego „co się tu wyprawia” - etymologia, antropolingwistyka, semiotyka ( od greckiego semeiotikos, czyli dotycząca znaku – znaku jako zapisu)...?

Odrzucam te wszystkie. 

Kiedy zabieram się do znaku, rozkładam go na wszelkie możliwe kawałki, czasami docierając do tego, że pewnych części nie ma co rozkładać, albo że wbrew temu, co podaje słownik, można rozłożyć je dalej. Przeglądam znaczenia oczywiste, relację z innymi znakami, patrzę trochę jak dziecko na obrazki malowane kredką na ścianie, trochę jak abstrakcjonista, który w jednym maźnięciu pędzlem zawiera wszechświat, ocieram to o kulturę z której wyrosły, o własne doświadczenia i ludzi, którzy mnie otaczają, o myśli, których nie da się wypowiedzieć słowami, a które dostępne tylko oczom. To niczym sekcja, dostrzeganie budowy, kształtu, położenia i konsekwencji tychże, relacji oraz ewolucji graficznej i mentalnej – ANATOMIA ZNAKÓW.

 

Na stole leży dziś miednica – w jej fizjologicznym i duchowym aspekcie, znak wyjaśnia skąd duchowość wiąże się z wiatrem, dlaczego w brzuchu (dokładniej w miednicy) znajduje się centrum dowodzenia, i czym jest pierścień kostny wysyłający nas w kosmos.

 

KOTSUBAN – 骨盤 

kotsu – kość, pozostałość

bone – kość, rama, piasek, także: trud, staranie, wysiłek

 

Znak składa się z trzech elementów :

 

- górnej miseczki, która symbolizuje czaszkę

- haczyka z miseczką, które symbolizują kręg, element kręgosłupa

- mięsa, które stanowi pierwiastek ()

 

Stąd zrodziło się całe znaczenie kośćca.

 

 ban / han – płaska misa, płyta, taca, kadź


 

W tej najstarszej formie widzimy płaskie naczynie do obmywania rąk.

Istnieją także wersje, które zamiast dolnego (talerz), mają (złoto) ale nie wpływa to znacząco na interpretację.

Rozkładam ten znak następująco:

舟 – statek, barka

殳 – (dwuelementowy fragment, składający się z pierwiastka „wiatru” i „jeszcze”) tłumaczę to jako ciągły wiatr, powietrze, tu także symbolicznie jako oddech

皿 – talerz, płaskie naczynie, misa

 

Więc jest to talerz owiewany powietrzem, który płynie niczym statek, kosmiczny talerz wirujący na wietrze, pierścień unoszący się i opadający w oddechu. 

Miednica – pierścień kostny, który wraz biodrami (źródlanym koszykiem) tworzy początek i koniec, wdech i wydech, centrum dowodzenia, metafizyczny wszechświat człowieka, w kształcie okręgu.

W wielkiej misie pełnej wody (przecież z tej się w znacznej mierze składamy) krąży powietrze (dzięki któremu żyjemy). Jeśli woda się burzy, szarpie ją huragan, nasz kosmiczny statek rozbija się o skały (takie jak ból choćby).

Miednica to siedlisko, źródło i cel zarazem. Wraz z biodrami otacza wszystkie cztery żywioły: wodę, powietrze, ziemię i ogień. Stanowi o naturze we wszelkich jej barwach i porach roku.

 

niedziela, 06 stycznia 2013
Hitsujun - porządek w znakach, porządek w życiu.

 

 

筆順

 

Kilka słów o porządku w znakach,

kilka słów o porządku w życiu.

 Uświadamiam sobie coraz wyraźniej, że wszystkie moje rozważania dotyczące znaków są przekładalne na życie. To co w znakach, to w życiu. Prawdy wypływające z ideogramów stanowią o rzeczywistych prawdach. Zasady dotyczące znaków, są zasadami ogólnymi, zasadami wszechświata. 

Po raz kolejny kłaniam się mądrości ludzi, którzy tworzyli tysiące lat temu pismo, zawierające „wszystkość”.  Pismo, które jest nie tylko narzędziem komunikacji, sztuki czy medytacji ale również wielozadaniowym instrumentem wskazującym. Kiedy zasiadamy do rozmowy ze znakami, do pisania czy kaligrafowania, poza wyborem ołówka,  pędzla, papieru, tuszu i ideogramu, musimy również poznać i uświadomić sobie czym jest hitsujun -  筆順  „kolejność kresek”.

Może nam się to wydawać zbyteczne, komplikujące lub po prostu głupie, ale kolejność podejmowanych przez rękę działań (stawianie kolejnych kresek) stanowi jeden z podstawowych elementów kaligrafii. Wpływa nie tylko na walory estetyczne ale również na umysł malującego, na odbiór jego pracy i harmonię znaku, jego pełnowartościowe znaczenie, jego jednoznaczną czytelność.

Zasady dotyczące hitsujun nie są identyczne w języku chińskim i japońskim, ale podstawy są stałe:

-        z góry do dołu

-        z lewej do prawej

-        z zewnątrz do wewnątrz

To trzy główne punkty, od których należy zacząć.

Pamiętam moje początki z hitsujun, moje wewnętrzne, ciche „sprzeczki” z nauczycielem i znakami – na zasadzie przekory może, albo pewnego lenistwa. Koniec końców, znak zawsze pokazywał (mojemu nauczycielowi, a później także mi), że w tym przypadku zasady nie są po to, by je łamać.

Poprawnie zapisany znak jest harmonijnie zamkniętym obrazem, pełnym powietrza, światła i energii. Filozoficznie można powiedzieć, że zawierają się w nim wszystkie żywioły, cała natura.

Zwykłam mówić, że siadając do pisania musimy pozwolić by pędzel poznał się z papierem, by dotknęły się i polubiły, by zaczęły ze sobą grać. To niezwykle trudne. Nie popędzać, nie zatrzymywać. Ta relacja wyczerni się tuszem, niczym dialog między ludźmi. Każdy ruch ręki, jak wypowiedziane słowo, jest już nie do cofnięcia. Każde zawahanie, jak przemilczenie, jest nie do nadrobienia. Jeśli pójdziemy w złą stronę, dojdziemy do fałszywych wniosków. Jeśli zgubimy kreskę, znak nie nabierze znaczenia. Poza wszystkim innym, hitsujun to ekonomia ruchu, odrzucenie pustych pociągnięć pędzla, jedna kreska dopełnia drugą, kolejne wynikają z siebie i uzupełniają się w najdoskonalszy sposób. Postrzegam hitsujun jako pewien rytuał i dyscyplinę zarazem.

Oczywiście powyższe trzy zasady nie wyczerpują tematu. Kolejne to:

-        punkt 丶 (kropka) jako ostatnia kreska (jak w znaku 芍 – peonia)

-        obramowanie (ogrodzenie) przed wewnętrznymi kreskami (jak w znaku 月 – księżyc)

-        kreska środkowa (jeśli wyznacza oś znaku) przed lewą i prawą (jak w znaku 水 – woda)

-        kreski poziome (lub cały ich układ) przed pionowymi (jak w znaku 車 – samochód)

i inne. Występują odstępstwa od powyższych zasad, choćby z zależności od stylu kaligrafii.

Dla mnie kolejność kresek, poza porządkiem graficznym, który wprowadza, jest przede wszystkim metafizyczną wędrówką tuszu przez papier. Jest podróżą przez znaczenie.

Wędrówka ta ma trzy etapy, podobnie jak ludzkie życie...

起筆  kihitsu - “przebudzenie pędzla”, moment, kiedy pędzel i papier spotykają się. Moment narodzin człowieka (pędzel) w tym świecie (papier) oraz podjęcie decyzji o oddechu – wybranie drogi, którą człowiek – pędzel będzie podążał.

終筆 shūhitsu - „koniec pędzla”, moment w którym pędzel odrywa się od papieru wyznaczając ostateczne znaczenie znaku. Człowiek, który kończy swoje oddechem prowadzone życie, by nazywało ono, kim był.

Między przebudzeniem a końcem mamy do czynienia z 連綿体 renmentai - „nieprzerwaną linią”. To ręka piszącego decyduje czy następujące po sobie kreski (zdarzenia) są wyraźnie oddzielone czy nie, ale jedna wynika z drugiej, nie zakłócają one swojego naturalnego położenia, nie psują rytmu całości. Każda ma swoje miejsce i swoją ważność, brak którejkolwiek rzutuje na całość.

Renmantai decyduje o jakości wizualnej i duchowości znaku. Wprawna ręka potrafi poprowadzić pędzel niemal bez odrywania go od papieru, dając czas na oddech, zamyślenie i działanie. To przepływ energii, która zamyka się i otwiera w wiecznym cyklu aktywności i bierności, w harmonii bieli papieru i czerni tuszu.

Podobnie jak w znakach, także w życiu, istnieje pewien porządek, którego zaburzenie powoduje chaos. Próby naginania tegoż do egoistycznych potrzeb lub z lenistwa, kończą się dysharmonią wewnętrzną i zewnętrzną szpetotą, której nawet zamalowanie pudrem, nie pomoże.

  

Powyższe obrazy to pierwsze formy znaku życie 生.

Ustawienie kresek, a także ich ilość wydaje mi się być dziś nieprzypadkowa.

W artykule o senseiu rozpisywałam elementy tego znaku:

Wyobraźmy sobie, że dolna kreska stanowi początek, ziemię, punkt zero. Od tego punktu, do góry, od dnia naszych narodzin, przez różne etapy (co symbolizują kreski) rozwija się nasze życie, nasze "rośnięcie". W moim odczuciu kreska półpionowa z lewej strony oznacza, że nastąpi kolejny etap, to ta ciągłość "rozkwitania".

W tym miejscu chciałabym uzupełnić moje widzenie ideogramu.

Dolna kreska, która stanowi podstawę życia to miłość, pionowa to praca, pozostałe poziome to rodzina i przyjaźń, z boku mamy pasję. To te pięć elementów tworzy życie, gwarantuje wzrost (jak w pierwotnym znaczeniu: roślina, która rośnie).

Miłość, która jest praprzyczyną życia. Praca, która jest osią i drogą (mowa tu zarówno o pracy duchowej, wewnętrznej, jak i zawodowej). Przyjaźń i rodzina, które są etapami i gwarantami naszego harmonijnego oddechu. Pasja, która jest energią napędzającą wszystko do działania.

W jednym znaku zaklęte całe znaczenie.

A kolejność kresek?

Nie taka jak w podstawowych zasadach... ale pełna znaczenia.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
O autorze
Tagi